Takie tam zrzędzenie tetryka

Zmieniłem dysk w Mac Mini, bo to co tam było zamontowane seryjnie przyprawiało swoją powolnością o bóle głowy. Przy okazji przypomniałem sobie, że ten cały osx wcale mi się tak bardzo nie podoba i pod Windows w wielu przypadkach pracuje mi się wygodniej – stąd też wymyśliłem sobie, aby równolegle z Lionem zainstalować Windows 7.

O samej instalacji osx na nowym dysku nie chcę pisać. Ot normalka.. Odtworzenie z TimeMachine się nie powiodło (3 godziny w plecy), instalacja czystego Liona z internetu trwałaby na moim łączu całą noc, odtworzyć system ze starego dysku się nie dało, bo był większy niż docelowy, a z kolei próba zmniejszenia partycji z systemem na starym dysku kończyła się komunikatem “Nie udało się odmontować partycji”. Ot, codzienność.

Wracając jednak do instalacji Windows.

Apple przewidziało, że będę kiedyś chciał mieć Windows na Macu i zrobiło dla mnie narzędzie o nazwie “Asystent Boot Camp”. Świetnie, nie muszę się nad niczym głowić, raz dwa i będzie gotowe! Trzeba tylko było zrobić obraz płyty instalacyjnej Windows, bo przecież w nowym Macu nie miałbym gdzie jej wsadzić.

Obraz zrobiony, teraz potrzebny był pendrive, aby go na nim wypalić. Wcześniej próbowałem z wersją Windows 32bit i dało radę bez problemu. Ale że mam dużo RAMu, to aby Windows ją wykorzystał zdecydowałem się na wersję 64bit. Ale… Asystent Boot Camp tym razem uraczył mnie komunikatem “Ten nośnik USB jest za mały”. Kurde, nie mam większego, co teraz?

Bo po mojemu to się powinno zmieścić.

Zrobiłem coś czego w samym Apple by nie wymyślili – wypaliłem na USB instalkę Windows w wersji 32 bitowej (tylko po to chyba aby mi się jakiś bootrecord czy coś utworzyło), a następnie zamontowałem w systemie obraz wersji 64 bitowej i przekopiowałem z niego wszystkie pliki. Zmieściły się, jeszcze zostało kilkadziesiąt wolnych bitów :) Polak potrafi!

No, to teraz z górki. Moment.. skoro będę używał naprzemiennie dwóch systemów, to przydałaby się jakaś wspólna partycja z danymi, która będzie mogła być odczytywana i zapisywana w obu systemach bez żadnych sterowników firm trzecich. FAT32 będzie do tego odpowiedni, trzeba tylko nakazać Asystentowi zrobienie 3 partycji.

Eeeee… nie ma takiej możliwości. Można tylko podzielić partycję osx na dwie części. No ok, Asystent to tylko asystent, nie musi umieć wszystkiego. Uruchomiłem więc “Narzędzie dyskowe”, zmniejszyłem partycję z osx, i utworzyłem dodatkową na dane. Wróciłem do Asystenta.

“Nie można przeprowadzić tej operacji.”

Asystent nie podzieli partycji, jeżeli oprócz tej z systemem osx istnieje jeszcze jakaś inna. No kurde!

OK, trzeba się uspokoić i pomyśleć. Nie potrzebuję przecież jeszcze teraz tej partycji z danymi, zrobi się ją później. Przywróciłem więc jedną wielką partycję z osx, Asystentowi pozwoliłem ją podzielić na dwie (dla Windows dałem większą, aby później z niej wykroić partycję na dane), rozpocząłem instalację i w instalatorze microsoftu usunąłem “bootcampową” partycję, a w jej miejsce utworzyłem dwie nowe. Windows się zainstalował, osx pozostał gdzie był, partycja z danymi została stworzona, wszystko świetnie.

…do momentu gdy nie zechciałem odpalić tego świeżo zainstalowanego Windowsa w Parallels. Cholera (to znaczy Parallels) nie chciała widzieć tej partycji, no nic a nic. Nie wiem w jaki sposób oni zaprogramowali tam wyszukiwanie windowsowych dysków, ale na pewno tak, że w moim przypadku nie zadziałało.

No to spróbowałem alternatywnego podejścia. Ponownie przywróciłem jedną wielką partycję dla osx, następnie pozwoiłem bootcampowi ją podzielić, ale tym razem przydzielając mniej dla windows, a zostawiając więcej dla osx. Następnie, zanim rozpoczęła się instalacja Windows, uruchomiłem z pendrive’a Lion Recovery, w którym zmniejszyłem rozmiar partycji osx, a w powstałym pustym miejscu utworzyłem partycję na dane. Zainstalowałem Windows. Wróciłem do Liona, odpaliłem Parallels.. voila! Wykrył partycję z Windowsem, mogłem więc go sobie uruchomić bezpośrednio pod osx.

Done!